sobota, 25 marca 2017

Raczkowanie w dawnym rękodziele

Dziś troszkę na przekór ostatnim wpisom. Nie będzie ani wiosny, ani jajek. Będzie za to kilka rzeczy, które robiłam już od jakiegoś czasu. Ci z Was, którzy już mnie troszeczkę poznali z pewnością wiedzą o moim zamiłowaniu do wszystkiego, co etno, co słowiańskie, wikińskie, czy celtyckie, generalnie wczesnośredniowieczne. Ogromnie interesuje mnie antropologia kultury, życie codzienne nie tylko we wczesnym średniowieczu, ale i w czasach przedchrześcijańskich, wierzenia różnych ludów. Nie chcę się wdawać w szczegóły, by Was nie zanudzić. W każdym razie lubię czasami podjąć próbę odtworzenia czegoś, poznać proces tworzenia. Oczywiście szyjąc np. pochwę na nóż nie zabiję najpierw zwierzęcia, nie wyprawię jego skóry i nie przystąpię na końcu do wykroju i szycia. Kiedy tkam krajkę, nie napadnę na żadną owcę, by ją oskubać z runa i uprząść nić, z której powstanie przepaska. Choć nie zaprzeczam, że byłoby to niezwykle emocjonujące doświadczenie. Swoją drogą zdarzyło mi się robić przędzę z wyczesanego już runa. Na szczęście skór nie wyprawiałam. Ale teraz już pokażę Wam, co udało mi się zrobić. 
Zacznę od krajek. W pięknych, zamierzchłych zdaje się czasach, kiedy bawiłam się odtwórstwem historycznym i jeździłam po różnych imprezach rekonstruktorskich, z zazdrością obserwowałam u słowiańskich i wikińskich dziewczyn piękne, kolorowe krajki - taśmy o przeróżnych wzorach tkane na tabliczkach lub bardku. Nigdy nie miałam dość samozaparcia i wiary we własne umiejętności, by choćby podjąć próbę stworzenia czegoś takiego. Życie jest jednak stanowczo zbyt krótkie na takie wątpliwości, więc w ubiegłym roku przeczesałam Internet w poszukiwaniu toturiali. Poprosiłam też Męża, by zrobił mi tabliczki. Już wkrótce na mojej półce pojawiło się kilkanaście kwadratów z czterema dziurami. No i klops. Znowu zwątpiłam, czy dam radę. Dopiero w tym roku, w styczniu, postanowiłam, że raz kozie śmierć. Znowu sięgnęłam po instrukcje i z wielkim trudem (bo chyba jednak jestem na to za głupia), zrobiłam dwie krajki. Najgorsza część, to nanizanie wszystkich nitek w odpowiedniej kolejności. Potem idzie już zdecydowanie łatwiej. Trzeba tylko pamiętać, w którą stronę mamy obracać tabliczki i ile razy. Dla ułatwienia obkleiłam boki tabliczek kolorowymi washi-tapes (z pewnością wynalazek średniowieczny). Oczywiście to dopiero początek mojej przygody z krajkami. Przecież nie od razu Rzym zbudowano. Praktyka czyni mistrza i takie tam...






Także w ubiegłym roku zainteresowałam się zielarstwem. Miałam już idealny nóż, który służył mi do ścinania roślin. Ale nie miałam nic, w czym mogłabym go bezpiecznie nosić. W końcu należę do osób, które potrafią się przewrócić o własne nogi, a w połączeniu z odkrytym ostrzem nie wróżyło to nic dobrego... Z kawałków skóry, które zostały nam po naszej celtyckiej przygodzie wykroiłam i uszyłam pochwę na nóż. W życiu bym tego nie pokazała mojemu Koledze, którego miałam okazję obserwować przy pracy. Jego wyroby ze skóry noszą dziś rekonstruktorzy w całej Europie. Coś tam zapamiętałam, np. to, że trzeba woskować nić, którą się szyje. Powstało moje osobiste etui, jakbyśmy je dziś nazwali. 



Na koniec chciałam Wam pokazać coś z innej beczki. Łapacz snów wpisuje się odrobinę w charakter dzisiejszego posta, więc co tam. Daleko mu jednak do indiańskich talizmanów. Powstała tu jego, że tak powiem, komercyjna, popkulturowa wersja, jakich pełno ostatnio wszędzie. To prezent dla dobrej Koleżanki, więc kolor dobrałam tak, by ozdoba pasowała do jej pokoju. 



I to już chyba wszystko na dziś. Piszę tego posta już od godziny. Mogłam wstawić zdjęcia i kilka słów o tym, co jest czym. Ciężko mi bowiem pisać akurat o tym aspekcie moich zainteresowań. Po prostu to dużo bardziej... osobiste, niż np. szydełkowanie. Mam nadzieję, że choć odrobinę Was zainteresowałam czymś nowym i że zrozumiecie chaos wypowiedzi. Miłego weekendu Wam życzę! 

wtorek, 21 marca 2017

A miało znowu być o wiośnie...


Wiosna vs. zima 1:0
Wczoraj skorzystaliśmy z w miarę ładnej pogody i pojechaliśmy do lasu. Potrzebowałam ziemi i mchu do swojej nowej kompozycji z żonkilami. Przy okazji zrobiłam z suchej trawy Marzannę i wrzuciliśmy ją do rzeki, posmagaliśmy się trochę brzozowymi i dębowymi witkami, a na koniec zrobiłam jeszcze maleńki gaik, który stoi teraz na stole. Gdyby nie Łucja, to pewnie byśmy tego nie robili, ale od kiedy mamy dziecko poczułam się kimś w rodzaju Strażnika Tradycji. Wiem, że wiele rzeczy musimy dziecku przekazać, żeby czuło się gdzieś przynależne. Tożsamość narodowa i religijna kształtują nas niezmiennie na całe życie, kształtują nasz światopogląd. Są niezbędne, by człowiek zapuścił korzenie. Brzmię pewnie bardzo patetycznie, ale tak właśnie czuję. Chcę, by Łucja podróżowała po świecie, chcę dla niej wolności, niczym nieskrępowanej chęci poznawania świata i ludzi. Chcę jednak także, by zawsze wiedziała, gdzie chce wrócić, żeby wiedziała, gdzie jest jej Dom. I muszę Wam przyznać, że poczułam ogromną dumę, kiedy wczoraj, przy wypełnianiu jakiegoś tam albumu ze zwierzątkami, przeczytałam jej pytanie, jaki jest jej ulubiony kraj, a ona bez cienia wahania odparła, że Polska! 


Tymczasem tradycje pielęgnowane od pokoleń, takie jak właśnie topienie Marzanny, gaik, Śmigus-Dyngus i wiele innych, zastępowane są przez zachodnie, skomercjalizowane walentynki, czy Halloween... Nie mówię, że to źle, że mamy się zamknąć na cztery spusty, że to całe multi-kulti piętnowane przez niektórych polityków ma tylko pejoratywny wydźwięk. Absolutnie nie! Od wieków następuje wymiana doświadczeń między różnymi narodami i uważam, że to nie tylko wskazane, ale wręcz niezbędne do tego byśmy się cywilizacyjnie rozwijali. Tylko w tym wszystkim nie możemy zapomnieć, "skąd nasz ród", skąd pochodzimy. 


Jako dziecko uwielbiałam pierwszy dzień wiosny, kiedy całą szkołą szliśmy nad rzekę przez dwie wsie, jeden z nauczycieli podpalał przygotowaną przez nas kukłę i rzucał w lodowate nurty Pokrzywnicy. Potem było wspólne ognisko i turlanie się z wielkiej górki na łące (zapewne ku uciesze naszych mam, które później spierały w wysłużonych franiach plamy z trawy). Nie wiem, czy robi się tak do dziś. W mieście tego nie widzę. Kiedyś było w tym wszystkim więcej magii. A może chodzi o to, że po prostu jako dzieci widzieliśmy i czuliśmy więcej, bardziej... W końcu każde święta były dla nas wyjątkowe. Dziś wiele z nas widzi tylko sprzątanie, zakupy i stanie przy garach. Uważam, że wczorajsza wycieczka po ziemię i mech sprawiła także, że choć na moment staliśmy się na powrót dziećmi, przynajmniej ja. Od wielu lat pielęgnuję w sobie tego dzieciaka, którym kiedyś byłam, który nawet w dziwnie ułożonych gałęziach widział przejście do innego, baśniowego świata. Teraz, kiedy mam Łucję, myślę, że chwilami mi łatwiej. Ona też ma niesamowitą wyobraźnię, szuka potworów pod łóżkiem, a mały chodniczek na podłodze może być dla niej zarówno latającym dywanem, jak i łodzią na wzburzonym morzu. Ostatnio zobaczyła ułożone w X gałązki na placu zabaw i stwierdziła: "mamo, tam na pewno jest skarb! wykopmy go! Arrrr!". A ja cieszę się w takich chwilach razem z nią, nie ganię za wymyślanie, wręcz staram się rozwijać jej pomysły. 
Zakończę mój przydługi wywód, który miał być przecież o wiośnie, kolejną patetyczną myślą: pielęgnujmy dziecko w sobie, bo kiedyś to właśnie ono może nas uratować. Przez codziennością, przed nudą, przed inkwizycją dorosłości. Amen :D


sobota, 18 marca 2017

Wiosna za progiem

Czy Wy też już odliczacie godziny do wiosny? Marzec nie daje dam zapomnieć o swym ulubionym powiedzeniu i pogoda na prawdę jest różna. Nauczyłam się nie dzielić skóry na niedźwiedziu i nie cieszyć z rzeczy, co do których nie mam pewności. Kiedy jednak kilka dni temu wychodziłam rano do pracy nie mogłam się nie uśmiechnąć. W nocy padał deszcz, było kilka stopni na plusie, a przez chmury zawzięcie przebijały promienie słońca. Gdzieś w krzakach wesoło śpiewały ptaki. W powietrzu unosił się zapach mokrej, budzącej się do życia ziemi. Nawet jeśli czekają nas jeszcze przymrozki, czy nawet śnieg, to będą to ostatnie podrygi zimy. Także w naszym domu zazieleniło się trochę. Jeszcze nieśmiało, ale dziś po południu będę wyciągać wielkanocne ozdoby. 
Tymczasem zrobiłam już pierwsze świąteczne jajeczka. Szydełkowe już motałam, ale tym razem dodałam do nich delikatny kwiatowy haft. Stoją sobie te dziergane pisanki w towarzystwie stokrotki, którą dostałyśmy w pracy na Dzień Kobiet. Wszystko natomiast zebrałam w koszyczku, który uplotłam kilka tygodni temu z brzozowych witek. Koszyczki, które wyplatałam rok temu z wikliny możecie zobaczyć TU. Wybaczcie jakość zdjęć...








A skoro już wspomniałam o Dniu Kobiet, to pokażę Wam jeszcze, co przygotowałam dla naszych dziewczynek i Pań w przedszkolu. Wiadomo, pieniądze klasowe są zawsze sporym ograniczeniem, bo okazji w ciągu roku jest dużo. Ponownie wybrałam się więc do hurtowni i kupiłam białe serduszka, wstążkę i małe kolorowe motylki (tak też nazywa się grupa Łucji). Wystarczyła godzinka i miałam gotowe prezenty, które wszystkim dziewczynkom skojarzyły się z uwielbianymi różdżkami. Wyszło 2 razy taniej, niż jakbym kupiła coś bardzo podobnego, a gotowego. Dla Pań przygotowałam bukiety z żonkili. 



Na koniec chciałam Wam polecić bardzo fajny pomysł na prezent. Łucja dostała od swojej Chrzestnej na urodzinki książeczkę, której jest bohaterką. Zamówienie składa się przez stronę internetową przesyłając zdjęcie dziecka i podając imię. Jest kilka wzorów do wyboru, także dla rodzeństwa. Tak mi się ten pomysł spodobał, że kiedy ostatnio szliśmy na urodziny do kuzyna Łucji, zamówiłam bajeczkę dla niego. Także moja chrześniaczka dostanie podobną opowiastkę. Wydaje mi się, że w czasach, kiedy pokoje naszych dzieci przepełnione są zabawkami, nie ważne, czy tymi dizajnerskimi, drewnianymi, czy plastikowymi, taka książeczka będzie ciekawą alternatywą. To niesamowita pamiątka na całe życie!


I tak już zupełnie na pożegnanie jeszcze jeden niezaprzeczalny dowód z ogródka babci Jadzi na to, że to już!






sobota, 11 marca 2017

Po męsku

Jako, że wczoraj był Dzień Mężczyzny, chciałam dziś pokazać rzeczy, które zrobiłam dla kilku fajnych facetów. Totalnie różni pod względem wieku i charakteru. Pierwszy jest moim kolegą z pracy. Jest niesamowicie inteligentny i fajnie się ubiera. Jego niewątpliwą pasją jest moda, a ubierać lubi się zazwyczaj w pewnej sieciówce. Kiedy więc robiłam mu kartkę na imieniny nie mogłam powstrzymać się, by nie użyć pewnego hasła. Kidy tylko je zobaczyłam w necie, od razu pomyślałam o Marcinie. 



Kolejny chłopak to kumpel ze studiów. W ubiegłym roku byliśmy u niego na parapetówce. Jako, że nie znalazła się jeszcze (a może nawet nie urodziła) kobieta, która spełniłaby wszystkie oczekiwania tego wiecznego kawalera, postanowiłam mu przyjść z pomocą i przygotować coś, co mu się przyda w kuchni. Swoją drogą nawet nie potrafię opisać słowami, jak bardzo tęskniłam za wszystkimi chłopakami ze studiów, których udało mi się spotkać po tylu latach, podczas tamtej pamiętnej (choć nie dla wszystkich) imprezy. Na całe szczęście mój kochany Mąż zaprzyjaźnił się z nimi tak samo jak ja. 


Na koniec kartka dla młodego chłopaka, który jest synem mojej serdecznej koleżanki z pracy. Kuba jest niekwestionowanym fanem (fanatykiem?) japońskich komiksów. Mangi zdominowały jego życie. Dlatego jego mama poprosiła mnie o właśnie taki motyw przewodni w urodzinowej kartce. Użyłam zatem kadru z jego lubionej Akame ga Kill. Już po samych obrazkach mogłam się przekonać, że ta historia nie ma nic wspólnego z moją ukochaną w dzieciństwie Czarodziejką z księżyca. Musiałam trochę pokombinować, żeby kartka wyszła w miarę grzeczna. W końcu Kuba miał ją dostać od rodziców. W dymki z dialogami wstawiłam teksty z życzeniami dla jubilata. 



To tyle z moich zaległości. Mam nadzieję pojawić się szybciej z kolejnymi wpisami. Wiosna już co raz bliżej. Poczyniłam kilka wielkanocnych ozdób. Nauczyłam się też nowej techniki rękodzielniczej, o której marzyłam od bardzo, bardzo dawna. Oczywiście początki są kiepskie, a efekty nie powalają, ale czuję się, jakbym odgadła mechanizmy jakieś magicznej sztuczki. Tymczasem miłego weekendu Wam życzę!
P.S. Mam nadzieję, że nikt nie ma jednak wątpliwości, że najważniejszym mężczyzną w moim życiu jest mój Mąż, który jest wspaniałym partnerem i ojcem, ale w moim sercu na zawsze pozostanie tym chłopakiem z tajemniczym uśmiechem, którego poznałam 13 lat temu. 

środa, 1 marca 2017

Zielone DIY w łazience

Marzec przywitałam leżąc w łóżku. Kilka dni temu dopadła mnie angina i zmogła tak, że nie miałam sił się ruszyć. Już jest lepiej, ale antybiotyk był koniecznością. Kilka razy myślałam, że już jest dobrze i okazywało się, że po dwóch, trzech godzinach musiałam kłaść się z powrotem, wykończona normalnymi, codziennymi czynnościami. A podobno swojego diabli nie biorą... 

Tymczasem wiosna za pasem. U mnie też się zazieleniło. Pozwoliłam sobie na dwa hiacynty, a w kuchni Łucja wysiała bazylię i sumiennie ją podlewa. Pojawiły się już maleńkie kiełki. 


To jednak jedyne żywe roślinki, na jakie mogliśmy sobie pozwolić ze względu na alergię Łucji. Swoją drogą ostatnio wreszcie zrobiliśmy jej testy skórne. Na 62 alergeny nie jest uczulona jedynie na 17... Jedyna pociecha jest taka, że podobno z tego wyrośnie.

Mimo wszystko już jakiś czas temu postanowiłam ożywić łazienkę. Bardzo podobało mi się korytko z trawą w Ikei, ale będąc w sklepie mieliśmy ważniejsze wydatki. Kiedy więc wybrałam się po różności do hurtowni, mój wzrok spoczął na białych, kwadratowych doniczkach. Moja półeczka w łazience ma duże ograniczenia, więc nie mogłam zdecydować się na podłużną donicę. Do tego kupiłam kępki sztucznej, wysokiej trawy. Użyłam zalegającą w domu gąbkę florystyczną i zielone sukno kupione niegdyś w sh. Całość położyłam na przywiezionym z Norwegii płaskim kamieniu.




Doniczki przyjemnie rozjaśniły granatowe płytki w łazience. Coś mi się wydaje, że muszę poczekać na jakieś weekendowy wyjazd męża i przemalować na jasno kafelki przetestowaną już w kuchni farbą... 
Na koniec zapraszam Was do zaniedbanej zakładki "Zdrowie XXI". Pozostając w łazienkowym klimacie polecam Wam dwa naturalne kosmetyki, które na stałe się u nas zadomowiły. 

sobota, 18 lutego 2017

Karnawałowe szaleństwo

Karnawał zbliża się ku końcowi. To raczej dobrze, bo możemy już oficjalnie zacząć wyglądać pierwszych oznak wiosny. Pogoda u nas też już wczesnowiosenna, więc wszystko się zgadza. 
Od kiedy Łucja zaczęła chodzić do przedszkola, a wcześniej do żłobka, przełom stycznia i lutego oznacza dla mnie jedno - karnawałowy bal i związaną z nim kreację. W tym roku musiałyśmy iść na kompromis. Łucja od kilku miesięcy bardzo prosiła mnie o to, by przebrać ją za Elsę z Krainy lodu. Wiedziałam, że blond księżniczek w błękicie będzie przynajmniej z dziesięć. Zaproponowałam więc córeczce kreację z koronacji - turkusową, z czarnym golfem i peleryną. Łucja ochoczo przystała na moje warunki. Z miękkiej dresowej tkaniny powstała zatem sukienka (w końcu liczy się wygoda!). Wzory narysowałam pastelami do tkanin, doszyłam różowe kwiatki i złotą lamówkę. Nie korzystałam z żadnego wykroju. Rozrysowałam sobie wszystko, wymierzyłam i trochę na chłopski rozum, a trochę korzystając z obserwacji mojej Mamy w dzieciństwie, wykroiłam i uszyłam balowe przebranie dla Łucji. 




Sukienka jest dodatkowo na grubych czarnych ramiączkach. Zrobiłam też naszyjnik, ponieważ nie chciałam naszywać nic bezpośrednio na golf, który służy nam, że tak powiem, w codziennych stylizacjach. Do tego kupiona w Pepco korona i berło sprezentowane przez Ciocię Gosię. Wyszła Elsa jak malowana! Szczerze Wam powiem, że jestem z siebie dumna! Poważnie myślę o tym, by nauczyć się kroju, bo z przyjemnością szyłabym dużo więcej.

Kolejna sukienka powstała na Dzień Rosji w przedszkolu. Dzieci oglądały m.in. bajeczki o wesołej Maszy. Na bal zarezerwowana była Elsa, więc sukienkę małej łobuziary uszyłam dodatkowo, bo akurat miałam spory nadmiar różowej tkaniny. Na samym końcu doszyłam tasiemkę. Nie mogłam znaleźć odpowiedniej, więc w ostatniej chwili brałam, co było. 



A tak zupełnie na koniec, dla przypomnienia, sukienki Indianki i Meridy Walecznej z poprzednich lat: 



I tylko nie wiem, czy tymi wszystkimi przebraniami spełniam bardziej Łucji, czy bardziej swoje własne marzenia... 

sobota, 11 lutego 2017

Wymarzona kuchnia

Ciężko mi było zabrać się do tego wpisu. Już miesiąc temu zakończyliśmy odbywający się etapowo remont kuchni. Choć może remont to za duże słowo. Nie skuwaliśmy płytek, nie wymienialiśmy instalacji... Od dawna marzyłam o tym, by pozbyć się z tego pomieszczenia wszechobecnych brązów. I choć przyjaciółka mówiła mi, żebym nic nie zmieniała, bo kuchnia jest taka przytulna i sielska, to ja musiałam posłuchać głosu serca. Mając jednak w pamięci słowa Marity postanowiłam, że zmienię kolorystykę ścian, mebli i blatów, ale dodatki zostawię nie zmienione. Może nie wyszła nam kuchnia z katalogu, może pozostał tu element chaosu, ale w końcu nie jesteśmy modelami z gazety, tylko prawdziwymi lokatorami. W sercu naszego mieszkania, którym bez wątpienia jest kuchnia chcemy czuć się dobrze. Są tu więc drobiazgi i prezenty od bliskich nam osób, w dużej mierze od Was, są graty pamiętające nasze dzieciństwo, są też magnesy przywożone od jakiegoś czasu z naszych podróży. Może to kicz, a może i nie. Dla nas to garść wspaniałych wspomnień. Przez te wszystkie rzeczy czuję się, jakby nasza kuchnia była przechowalnią cząsteczek osób, miejsc i wspomnień. Niczym zawodowy archiwista, którym w końcu jestem, ułożyłam wszystkie ważne dla nas elementy na półkach i w szafkach. Jest tu kropeczkowy komplecik od Siostry, są pojemniki od Cioci Eli, jest koszyczek upleciony jeszcze przez Tatę, od Mamy mam za to nie tylko dzbanek, czy inne drobiazgi, ale też wiele kulinarnych umiejętności (w życiu mój bigos nie byłby taki dobry, gdyby nie nauki z dzieciństwa!). Są garnki i wiele innych przydasiów od zawsze praktycznej Teściowej Jadzi (przecież Jadzia Ci zawsze doradzi!). Są wreszcie prezenty od Was, w większości od Ani i Ilonki. Dziewczyny, czasami mam wrażenie, że Wyście tą kuchnię mi urządziły! 
Widzicie zatem, że nasza kuchnia nie mogłaby być sterylna i elegancka. Chciałam Wam ją pokazać taką, jaka jest w rzeczywistości. Dlatego zostawiłam magnesy na lodówce i naczynia na suszarce. To pomieszczenie odzwierciedla nas, naszą rodzinę. Wiele osób, szczególnie tych, które nie znają mnie dość dobrze, mówią, że jestem zdystansowana i chłodna. Może to prawda, nie mnie to oceniać. Ale mogłabym wtedy porównać się do tej kuchni. Ktoś, kto mówi, że jestem niedostępna widzi tylko szaro-białe ściany. Ale ja, to tak na prawdę te wszystkie dodatki, czerwone, czasami w naiwne kropeczki, z nutką retro, z zabranymi z domu książkami kucharskimi, ze słoikami pełnymi suszonych ziół. A w szafkach pełno kruchych szklanek. Za dużo, ale przecież półki wytrzymają. 




















Rzut oka na to, jak było:




A teraz garść praktycznych rzeczy. Ściany malowane, po jednej stronie odporną na szorowanie farbą (położona na wcześniejszą "kamienną" tapetę, dzięki czemu zachowała się faktura). Płytki malowane na szaro farbą V33. Fronty mebli oddaliśmy do lakierowania, konieczne było zdjęcie starej powłoki. Reszta mebli malowana, także farbą V33. Blaty wymienione na nowe. I na koniec taka mała refleksja - nigdy więcej malowania takich mebli. Zdecydowanie wolę okleinę!